POLSKIE TOWARZYSTWO ZIEMIAŃSKIE

Oddział Lubelski

„Dzieje Wojenne i Powojenne Szlachty Podlaskiej”

Piętno sybiraka. Tułaczka wojenna i dzieje mojej rodziny po wojnie - dr. Adam Wołk

        Mój udział w sesji dotyczącej losów szlachty podlaskiej wymaga pewnego wprowadzenia, wyjaśnienia. Bowiem nasza rodzina pojawiła się tu na Podlasiu ok. 1890 roku - z chwilą powrotu z Syberii dziadka Gustawa Wołka.

       Ród nasz wywodził się ze Smoleńszczyzny, świadczy o tym list króla Władysława IV Wazy do wojewody smoleńskiego Aleksandra Korwina Gosiewskiego, pisany 7 maja 1634 roku: Wielmożny Uprzejmie nam miły. Dana jest pewna suma na dobrach katyńskich w województwie smoleńskim leżących, którą był szlachetny Maxim Wołk do skarbu naszego winien pozostał... W następnym liście, po roku, gdy zmarł Maksym Wołk, król znowu pisze między innymi: ...mając wzgląd na zasługi zeszłego Maxima Wołka, które w oblężeniu teraźniejszym Smoleńska wygodne oddawał... teśmy mu dobra przywrócili1.

       Nadanie Maksymowi Wołkowi herbu Wieże dwie miało miejsce za panowania poprzednika, Zygmunta III Wazy, za wcześniejsze zasługi, gdy jako rotmistrz na prezydium w Smoleńsku zostawiony, obrotnym fortelem, wielkim sercem tego zamku bronił, za co w komput rycerstwa Polskiego policzony, i tym herbem nadany, przez Konstytucyją 1616. (fol.50), synowi potem jego Konstantynowi w r. 1638 aprobowano tożsamo, i indygenat mu przyznano (Okol. Tom. 3, fol. 360)2.

       Znane są przed Gustawem Wołkiem, cztery wcześniejsze pokolenia od: 1) Jakuba, który w 1718 kupuje Dowmontyszki; następnie 2) Michała urodzonego w 3 III 1744 r. w Birżanach; potem 3) Józefa Karola ur. 8 VII 1780 sędziego i regenta w Upicie, w 1803 kupuje Jutajny czyli Ginżatyń (pow. poniewierski); i wreszcie 4) Juliana ur. 1814 w Rosieniach - po którym zachował się sygnet z literami JW (identyczny, ale z innymi literami znajduje się w skarbcu na Jasnej Górze).

       Nasz dziadek Gustaw, syn Juliana, urodził się w 14.11.1856 w Wilnie, gdzie rozpoczął działalność jako księgarz. Musiał mieć odpowiednie do tego warunki, aby w wieku 20 lat podjąć tak poważne przedsięwzięcie. W „Słowniku Pracowników Książki Polskiej" w jego biogramie czytamy: Księgarz, nakładca założył w Wilnie przy ul. Błagowieszczańskiej 11 (później Dominikańska) księgarnię nakładową pf. Romanowski i Wołłk (?). Wspólnicy wydawali broszury postępowe i powieści. Ok. 1879 wycofał się z pracy księgarskiej a podupadłą księgarnię - wraz z koncesją nabyła od Romanowskiego w 1879 E. Orzeszkowa. Wołłk za działalność socjalistyczną skazany był na 5-letnie zesłanie na Syberię Zachodnią; w 1890 - wrócił do kraju3.

       Pewien ślad remanentów po tej działalności księgarskiej zapamiętałem ze swego dzieciństwa. We dworze w Czartajewie, gdzie po wydzierżawieniu majątku w 1930 roku zamieszkiwał dzierżawca, myśmy mieli na górce dwa pokoiki, a przed nimi było obszerne pomieszczenie wyposażone w wielką skrzynię, a ściany były obudowane półkami, na których było pełno nowych książek. Jako dzieci lubiliśmy je oglądać, ale były zbyt wielkie i ciężkie, za to bogato i barwnie ilustrowane. Zapamiętałem podręcznik esperanto, z którym się wówczas po raz pierwszy spotkałem. Była to nasza rodzinna biblioteka, której jednak nie zabrali rodzice wyjeżdżając i zmieniając mieszkania. To było o wiele za dużo. Po wejściu sowietów w 1939 roku książki tam zostały i nie znam ich losu. Opowiadano o spaleniu podobnie jak to miało miejsce w innych dworach, ale ja tego nie widziałem. W pamięci pozostał mi widok ładnie ustawionych równymi rzędami grzbietów złoconych książek, grubych - jakby jednakowych.

       Natomiast pamiętam wspomnienia matki, że na dnie tej wielkiej skrzyni leżał worek z pieniędzmi, który trudno było przesunąć, nie mówiąc już o wyjęciu. Był to zapewne bezwartościowy bilon rosyjsko-austriacko-niemiecki, który się tu w trakcie tych horrendalnych dewaluacji zebrał.

***

       Z pojęciem Syberii spotykałem się już od dzieciństwa. Wiedziałem, że dziadek ze strony ojca był zesłańcem. Aresztowany na Politechnice w Rydze, więziony w Wilnie i zesłany. Ślub z babcią brali w więzieniu (8 lutego 1882 r. - data w obrączce). Babcia po jakimś czasie pojechała też tam, sama, dobrowolnie na zesłanie do dziadka. Dziadek zmarł przed moim urodzeniem się, ale babka żyła i od niej miałem trochę wiadomości, to ona była jedynym żyjącym świadkiem tego zesłania na Syberii. Jednak nie opowiadało się dzieciom o sprawach złych. Chyba to później sam też przejąłem od niej, i dopiero teraz będę się starał też tę prawdę przekazać.

       Jakimś cieniem na tamtych latach na Syberii była świadomość, że dziadkowie mieli 11 dzieci, a do naszych lat zostało tylko troje: ojciec nasz i dwie ciotki. Tu, w Czartajewie cztery brzozy na klombie przed dworem mówiły o czwórce dorosłych i wiedzieliśmy, że ciocia Helena, już jako wykształcona lekarka zmarła w Moskwie podczas wojny w 1917 r. Wisiał też w pokoju babuni (tak nazywaliśmy matkę ojca, dla odróżnienia od babci - drugiej) portrecik 10-letniego Janka zmarłego na szkarlatynę w Białymstoku. Na szkarlatynę zmarła też dwójka najmłodszych, reszta to na Syberii; nawet nie wiedzieliśmy ile. Nie wróciło stamtąd żadne dziecko z dziadkami (około 1889)4. Ciotki i ojciec rodzili się już w Rudce (1890,1891,1895 i 1896), gdy dziadek podjął po powrocie z Syberii pracę plenipotenta tamtejszych dóbr. Dzierżawił jednocześnie Andryjanki od Gartkiewiczów i Knorydy, a następnie w 1902 r. od Henryka Ciecierskiego kupił majątek Czartajew.

       Po powrocie z zesłania Gustawa i Barbary Wołków miała miejsce pewna mistyfikacja, adoptowanie przez nich córeczki (nieślubnej) Barbary Iłlakowiczówny i Klemensa Zana, która otrzymała imię Barbara. Gustaw i Barbara przyjęli dziecko na dokumenty swojej własnej córki zmarłej na Syberii. Jej młodszą zaś siostrzyczkę Kazimierę adoptowało jej wujostwo, Jakub i Żenią Iłłakowicze. W ten sposób rodzone siostry przeżyły życie - jedna pod nazwiskiem Barbary Wołk (do chwili wyjścia za mąż za Czerwijowskiego), a druga jako Kazimiera Iłłakowiczówna, aż do śmierci5. Matka w trosce o dalszy los swoich córek podjęła takie działania, bowiem w Rosji dzieci z „nieprawego łoża" nie miały pełnych praw obywatelskich (np. nie mogły się : kształcić w państwowych szkołach). Barbara Wołk i Barbara Iłłakowiczówna były ciotecznymi siostrami, a więc działo się to w rodzinie.
       Umyślnie wprowadzam ten uboczny wątek, miał on bowiem swój przebieg w późniejszym moim życiu w czasie PRL.

       To są jednak teraźniejsze refleksje i wiedza. Dzieciństwo nasze przebiegało w atmosferze dworu, co prawda Czartajew był wydzierżawiony (1930), bowiem ojciec objął posadę starosty w powiecie Kosowskim. Dzierżawca zajmował dwór, a myśmy bywali na wakacjach u babci w domku w ogrodzie, który był naszym azylem. A w odległości ok. 1 km znajdował się folwark ciotki, gdzie chodziliśmy często piechotą, przez pola nieraz. Na początku, w małym zbożu, trzeba było pa¬tyczkami wytyczyć sobie ścieżkę, aby potem nie zabłądzić w łanie żyta! Po całym areale majątku (ponad 300 ha) poruszaliśmy się, z siostrą, bez obaw - po swoim. Dzierżawca albo rządca zabierali nas na linijkę lub z fornalami uczestniczyliśmy w pracach polowych. Szczególną rozrywką było asystowanie przy udoju i pomiarze mleka, od każdej krowy było zapisywane. Czasem nawet wstawaliśmy o 5 rano na pierwszy udój - dawniej doiło się trzy razy na dobę. Lato było przeważnie upalne,chodziliśmy z boną, ale boso kąpać się do stawu. Z pęczkami pałki wodnej pod pachami opływałem staw, płosząc dzikie kaczki z małymi.

       Do szkoły zacząłem chodzić w 1935 r. w Równem, gdzie ojciec od 1934 r. objął stanowisko prezydenta miasta. Do wakacji 1939 r. ukończyłem 4 klasy szkoły powszechnej. Na tym koniec - już tylko domowe uczenie. Wybuch wojny zastał mnie w Czartajewie z tatusiem, który był na urlopie. To go zresztą uratowało - w Równem na pewno by nie opuścił swego stanowiska i nie ukrywał się. Zostałby aresztowany. Tak też stało się z wiceprezydentem zastępującym go, zginął. Mama z siostrami w końcu sierpnia pojechały do Równego.

       Początkowo wojna przyniosła naloty na Siemiatycze, spalenie ul. Czartajewskiej. Potem 11 września wtoczył się Korpus Pancerny Guderiana i trzy doby przewalał się ciechanowieckim gościńcem. W sadzie w Czartajewie pod jabłonkami stacjonowały czołgi. Była z nami bona Niemka, więc rozmawialiśmy z Wehrmachtem. Przychodzili pożyczać patelnie do jajek. Dostawałem czekoladę od oficerów, w okrągłym blaszanym pudełku. Mając wówczas 11 lat władałem dwoma językami, polskim i niemieckim.

       Kazali babci wziąć na noc psa łańcuchowego do domu. Nie posłuchała i nic mu nie zrobili, choć szczekał całą noc. Stróżowi nocnemu z gumna do domu kazali iść, mówiąc, że oni pilnują. Rano w ogrodzie, w malinach zastaliśmy stół, na którym sprawiali zarzynane owce, z owczarni w majątku. Robili to tak, jakby w ukryciu przed swoim dowództwem. U cioci byłem, gdy zajechali pierwsi Niemcy. Skonfiskowali radio. Tatuś zakrył głośnik, żeby został, ale żołnierz biorący skrzynkę odbiornika, zapytał oficera, czy i to wziąć? Zaś u babci w ogrodzie, oficer niemiecki wskazał na portret Marszałka Piłsudskiego i powiedział, gdyby ten żył, nie byłoby wojny. Co on przez to rozumiał?

       Niemcy sami się wygadali, że pod Żabianką, koło Brześcia były walki i zginęło ok. 40 Niemców. Zaś koło wsi Grzyby, blisko nas, zginął na szosie jeden w wypadku pod własnym pojazdem. Był przy kapliczce przydrożnej pochowany. Po powtórnym przyjściu tu Niemców w 1941r. zwłoki tego żołnierza były ekshumowane i zabrane do Niemiec. Wówczas okazało się, że ktoś - pewno zaraz po pochówku - zdjął mu ...buty!

       Niebawem zmienił się okupant - 28 września przyszły pierwsze oddziały sowieckie, wpierw konne, ciągnące zaprzęgiem nawet jakiś autobus. Oglądaliśmy ten ciąg gościńcem Grodziskim, przez płot w ogrodzie. Tatuś ukrywał się i unikał wszelkich kontaktów. Nocował po wsiach szlacheckich, a do domku w ogrodzie wchodził od pól i gdy ja wyszedłem naprzeciw, pod wieczór. Kiedyś miał buty przemoczone i mówił, że przechodził przez rzeczkę i woda była powyżej cholew.

       Już na początku wojny babcia zakopała za kurnikiem drewniany futerał od dubeltówki (chyba pusty?), robiony przez p. Łowickiego z sąsiedniego majątku Dołubowo, z drewna jabłoniowego, w połowie szczepionego - słoje szły raptem w poprzek. Tam chyba został też zakopany tatusia mundur z 1920 roku, z bardzo szorstkiego materiału i guzikami z orzełkami. W domku mieszkała Babcia ze Stefcią (niepełnosprawną córką) i ja z Krzysiem, 3-letnim braciszkiem. Służąca dochodziła z czworaków. Gospodarstwo to ok. 20 kur, 2 prosiaki i moje króliki.

       Sowieci zajechali pod dwór, samochodem i zaczęli od organizowania komitetu fornalskiego, na którego czele stanął stelmach Wacek - ulubieniec dzierżawcy, pana Eysymontta, a ja u niego w warsztacie najwięcej czasu spędzałem. Rozgrabiono inwentarz żywy - podzielono się końmi, które już w większości były przez przechodzące oddziały powymieniane na zabiedzone, poodparzane chabety „krasnoarmiejskie." W sumie było koni ok. 32 + młode. Poszły następnie do podziału krowy - jedna obora 50 sztuk, a druga mniejsza + młodzież. Tu obdzielili też naszą babcię jedną krową. Zaczęło się gorączkowe rozbieranie stert z koniczyną. Fornal, którego córka u babci służyła, zadbał też o dwie fury dla nas. Natomiast dla królików ja sam zbierałem rozrzucone po drodze i też zrobiłem zapas. Byłem świadkiem, jak wyłapywano owce ze stada. Młotkiem rzucano po nogach, żeby okulawić. Tu była zajadła konkurencja między fornalami, a zwierzęta w dzikim popłochu biegały po polu.

       Rodzina dzierżawcy wyrzucona ze dworu schroniła się we wsi szlacheckiej Grzyby. Meble ich zabrano do Siemiatycz. Tu powstał konflikt między władzami: komitetem fornalskim i jakimś tam miejskim. Pamiętam jak Wacek pozakładał swoje kłódki na zamkniętą przez tych z komitetu miejskiego piwnicę serowarni. Potem któregoś wieczoru, tatuś akurat zachodził do ogrodu, poczuliśmy zapach serów. Powiedział: „O piwnicę otworzyli." Tu też z podziału babcia kilka serów szwajcarskich otrzymała. Trochę niedojrzałych walało się po ogrodzie.

       Obserwowałem przez szpary między sztachetami płotu, jak dwór wystawiono na rabunek. Fornale nie dopuszczali wsi, „wioskunów", jak ich nazywali. Znajomi mi dobrze ludzie wynosili z dworu co się dało i co się komu podobało. Czasem rzucali po drodze i wracali po coś innego. Baby z tłumokami pościeli przepychały się w drzwiach. Wszystko odnosili do domów i wracali. Takie kursowanie trwało długo. Potem chyba jakoś tym stojącym koło bramy wiejskim ludziom, „dworusy" pozwolili też wejść. Patrzyłem z odległości kilkudziesięciu metrów nie czując się zagrożony, ani też widziany. Zresztą to byli „nasi" ludzie znajomi od lat. Wszyscy byli tak przejęci tym niecodziennym zajęciem, że nie można im się dziwić. Rabuje się chyba raz.

       Babci fornale też opał na zimę zorganizowali. Chłopi od początku wojny rzucili się na wycinkę lasów. Nieraz furmanki jechały przez dworską drogę. Fornale podbudowani władzą komitetu zatrzymywali i rekwirowali kradzione drewno. Co do tego nie było wątpliwości - zrzucać! Byłem kiedyś świadkiem takiego zajścia, bo kazali jeszcze do ogrodu dla nas zawieźć i tam zrzucić. Trudno, chłop zwalił i pojechał...
po następne i pewno dwór ominął. Potem fornal Grochowski zobaczył, gdy ja jak bóbr ucinam pieńki siekierą z masą wiórów. Przyszedł i poszczepał wzdłuż te brzozy, żebym je mógł łatwiej porąbać. Bowiem do mnie należało rąbanie drewna na opał. Nadchodziła jedna z najmroźniejszych zim w Polsce (- 47°C odczytałem).

       Przez październik ojciec jeszcze się ukrywał w okolicy. Zgolił wąsy i nosił czasem okulary, tak pojechał do Równego. To było największe zagrożenie, albowiem był tam poszukiwany i mieszkająca tam żona z córkami obserwowane. Były wyrzucone z dawnego mieszkania. Podczas odprowadzania, oczywiście trzymali się osobno, mama posłyszała w swoim otoczeniu słowa: Ona muża proważajet. Jednak nie udało im się wyśledzić i szczęśliwie powrócił do Siemiatycz. W początku listopada, z dzierżawcą naszym p. Eysymonttem, przeprawili się przez graniczny Bug, gdzie w najbliżej położonym majątku pań Moczulskich we Frankopolu podjął pracę rządcy.
      
       Otworzono szkoły i ja poszedłem do czteroklasówki w Czartajewie. Tu zacząłem się uczyć języka rosyjskiego, a potem białoruski też wprowadzono. Przez dom babci przewijało się trochę osób zmierzających do przekraczania granicy. Nasza Mama i ciocia Lusia spod Kobrynia też przechodziły. Nadgraniczny Frankopol ułatwiał to, bo już tylko sowieckiej strony trzeba było się strzec. Nawiedzali nas różni komuniści, wypytując o wszystko lub jakby na zasiadkę, czekając, że ktoś się nawinie. Czasem ubolewali, że „grube ryby były"... a oni przegapili lub nikt nie doniósł.

       Powstał plan, że babcia ze Stefcią zostaną na miejscu, wydawało się, że nic im nie grozi. Natomiast mama z siostrami i my z bratem mamy przedostać się do Frankopola, gdzie były warunki do dalszego bytowania. Plan miał dwa etapy: likwidacja domu w Równem i przyjazd do Czartajewa (3 osoby) oraz przekroczenie granicy do GG przez wszystkich (5 osób). Pierwszy etap udał się, choć z potknięciem na zmianie czasu na wiosenny, trzeba było wrócić do już opuszczonego mieszkania i udawać, że się nigdzie nie wyjeżdżało, no i powtórzyć to w następnej dobie. Drugi zaś etap przeprawy pod Drohiczynem nie udał się całkowicie. Przewodnik zdradził i w miejscu oczekiwania na niego zastała nas straż sowiecka graniczna, idąca na pewnego: ruki w wierch! Z bronią do nas, ładując. Jedyny raz to w życiu przeżyłem. Ich zachowanie wyklucza wpadkę przewodnika, a potwierdza naprowadzenie.

       Do strażnicy w Zajęcznikach było kilka kilometrów. Starsza siostra niosła braciszka „na barana", młodsza porzuciła walizkę - potem straż ją dopiero doniosła. Byliśmy ze dwie doby przetrzymywani i w końcu wypuścili - kobietę z czwórką dzieci nie mieli gdzie trzymać, a i tak wiedzieli, że niebawem wywiozą. Wynajętym koniem wróciliśmy do Czartajewa. Mama wykorzystując, że jest na wolności (czego się pewno przewodnik nie spodziewał) poszła do niego i odebrała zapłatę za nie wykonaną usługę. Oddał bez słowa. Tymczasem lody  na Bugu puściły i dopiero 5 kwietnia łódką mama z siostrami przekroczyły granicę. Za osiem dni, 13 kwietnia 1940 r. zostaliśmy wywiezieni z babcią i Stefcią, a w transporcie pozwolono nam połączyć się z ciotką i drugą babką, też wywożonymi, w sześcioosobową rodzinę. Marna zaś nic nie wiedząc o tym, 1 maja przeprawiła się ponownie przez Bug i dopiero tu w sąsiedztwie się dowiedziała, że nas nie ma już w Czartajewie. W najbliższej od Czartajewa wsi szlacheckiej weszła do pierwszej z brzegu chaty, powiedziała, kim jest i prosiła, by pozwolili zatrzymać się. Jednak odmówiono tego, widocznie bali się. Poszła wówczas polami do kolonii naszej byłej służby i tam uzyskała schronienie oraz możliwość noszenia listów do kontaktowania się. Miała pierwotnie zamiar zgłoszenia się do władz sowieckich, żeby ją do dzieci odesłali. Aptekarz siemiatycki p. Wasilewski jednak przekonał, że z sowietami nie można wchodzić w układy i że nie dotrzymają żadnej obietnicy. Postanowiła wracać z powrotem za Bug. Przeprowadziła jeszcze chłopca, niemowę, pp. Czarnockich z Bryk, zyskując wielką wdzięczność za to jego matki (zachował się list).

       Tak zostałem ja i brat rozdzieleni z rodzicami na przeszło 6 lat.

       Wracam do losów zesłańczej rodziny utworzonej w transporcie: 1/ Barbara Wołk, lat 83 (babka, matka ojca); 21 Konstancja Warczuk, lat 44, jej córka (ciotka); 3/ Benigna Urbańska, lat 74 (babka, matka matki); 4/ Stefania Urbańska, lat 36, jej niepełnosprawna (nie mówiąca) córka; 5/ Adam Wołk, lat 11 i 6/ Krzysztof Wołk, lat 3 (wnukowie, bratankowie).

       Wywoziła nas ta sama ekipa pod dowództwem oficera NKWD Objeszczikowa. Do Czartajewa Podleśnego, folwarku ciotki, przyjechali o 3 w nocy, tak jak w całej tej akcji 13 kwietnia 1940 r. Po wyprawieniu z jedną walizką (mówiąc, że same będą nosić) na stację kolejową w Siemiatyczach, dopiero ok. 7.00 podjechali do nas. Ja już szykowałem się do szkoły i przez okno zobaczyłem wóz jadący alejką dla pieszych, widać, że ktoś obcy. Potem zobaczyłem „bojcow" z bagnetami na karabinach. Otoczyli dom i jeden stanął w drzwiach, a oficer i Parafiniuk Andrzej ze wsi Czartajew weszli robić rewizję. Mnie powiedział, że do szkoły dziś nie pójdę i żebym swoje rzeczy spakował. Nawet narzędzia polecił zabrać. Przyszła Irka Grochowska do pracy, nie chcieli wpuścić. Babcia oddała jej miednicę z pokrojonym do kiełbas mięsem - wczoraj była zabita świnia. Nie chcieli pozwolić, ale babcia się wykłóciła, nakryła serwetą (potem ją do Kazachstanu odesłali) i zabrali. Ojciec jej jeszcze przyszedł. Rewizję najdokładniej robili przebierając fotografie i wszystkie z osobami zatrzymując. Oddali „landszafciki", na co się babcia obruszyła i kazała im wszystkie zabierać. Zabierali listy i wszelką pisaninę odręczną. Wszystko to odbywało się w babci i Stefci pokoju, bo babcia musiała wciąż mieć ją na oku. Babcia spakowała wszystkie rzeczy, w sensie ubrań, trochę naczyń, wiadro - w dwa wielkie kufry i jeden kosz pleciony zamykany wiekiem, walizka Dany z Równego przywieziona, co to była na Bugu przetrząsana (znaleźli pamiętniki!).

      Zachował się dokument - protokół z rewizji i aresztowania. Jesteśmy tam z braciszkiem imiennie wymienieni: Wołkowy Adam i Krisztof, jako arestowany. Mieszkanie opieczętowano i protokolarnie przekazano ob. Aleksandrowiczowi.

      Z ciocią z Podleśnego był aresztowany Wacław Kowalczyk, mąż wychowanki - Zosi, która do transportu jeszcze przyjechała i udało się go wybronić jako służbę. Zosia przywiozła trochę nakryć stołowych, których nie wzięto. Staliśmy chyba do wieczora. Transport pod konwojem formowano aż do Baranowicz. Przed granicą (dawną) w nocy była strzelanina, ktoś uciekał. Na granicznej stacji (w Mikaszewiczach?) zostaliśmy przeładowani w sowieckie wagony.

      Podróży nie będę opisywał, jest to znane z licznych relacji, a także moich wspomnień z Kazachstanu, które są oddzielnym rozdziałem. Pisałem dzienniczek. Tu zwrócę uwagę na to, co miało swoje następstwo w powojennych dziejach naszej rodziny i moim losie.

       Babunia Wołkowa utrzymywała dystans w stosunku do wszystkich sowieckich urzędników i funkcjonariuszy. Miała poczucie swego wieku i uważała, że nie ma czego się bać. Twierdziła, że tę drogę z Polski na Syberię pokonuje już po raz trzeci i wszelkie rozmowy z nią były możliwe tylko przez córkę. Mówiła - Powiedz Tuniu to a to, lub czasem: powiedz temu kacapowi, żeby sobie poszedł! Czasem było to kłopotliwe, ale znając dobrze język rosyjski nie zwracała się do nich po rosyjsku, z wyjątkiem tego kacapa! Po przejechaniu pasma Uralu, opowiadała, że na „wolnym pasieleniu" mieszkała w Kurganie z dziadkiem przez jakiś czas. Niestety nie wypytywaliśmy o szczegóły.

       Babcia Urbańska miała zupełnie inny charakter, miała pozytywne do ludzi na-stawienie, przyjazne. Łatwo nawiązywała znajomości. Przeżyła rewolucję w Rosji, mieszkała w Kijowie, gdzie uczyła muzyki i francuskiego, pochodziła z Kamieńca Podolskiego i w 1922 roku przyjechała do Polski.

      Trzecią dorosłą osobą, która wywarła wpływ na moje ukształtowanie się była ciocia. W zasadzie małomówna, ale ogromnej pracowitości kobieta. Była w sile wieku i zdrowa. Posiadała wykształcenie ogrodnicze, a z domu znajomość dworskiego gospodarstwa. Miała zdolność nauczania czegoś. Nawet, gdy sama nigdy nie robiła tego. Dla przykładu nauczyła mnie pleść koszyki, a sama nigdy koszyka nie wykonała. Podobnie szczepienie drzew i inne prace. Właściwie lubiła pracować. Do późnej starości najgorszym dniem w tygodniu była niedziela, bo nie było co robić...

Syberia

       Po minięciu Pietropawłowska nasz kierunek ze wschodniego, zmienił się radykalnie na południowy. Każda taka zmiana cieszyła. Niebawem (po 60 km) jednak transport zatrzymał się i ogłoszono, że tu jest cel podróży. Konwój już chyba od Uralu znikł. Był ranek. Kazano wyładowywać rzeczy na pusty step rozprzestrzeniający się po lewej stronie torów kolejowych. Pierwszy raz zobaczyłem step.

       Mieliśmy całkowitą dowolność w rozlokowywaniu się, dobierali się znajomi koło siebie. Nam p. Lankauowa, żona burmistrza Siemiatycz, dała miednicę, bowiem wzięła trzy, a nasza poszła z mięsem! Odgrodziliśmy się kuframi, koszem i walizkami tworząc rodzaj pokoiku. Przyszli ludzie zamieszkali przy stacji kolejowej Smirnowo - tak się ta miejscowość nazywała. Można było coś kupić do jedzenia. Przede wszystkim rozpoczęła się giełda, handel zesłańcami. Przyjechali „predsiedatiele" kołchozów i zaczęli wybierać rodziny, w których byli zdolni do pracy ludzie. Mogliśmy też wybierać, ale w ciemno, po odległości najwyżej sądząc. Myśmy zostali prawie na koniec, trafiając do Połtawki. Kołchozu zrzeszającego wieś osiadłą tu za carycy Katarzyny jeszcze, spod Połtawy, czyli z głębokiej Ukrainy (ok. 165 kołchoźników, rodzin tu było). To chyba był udział babci w tym wyborze, że nie do kirgiskiego aułu. Zis-5 nas załadował do skrzyni i 24 km przebyliśmy pod „kłub", byłą cerkiew z zielonym jeszcze dachem. Tu się zamieszkało w pocerkiewnym jeszcze wygrodzeniu, które przez najbliższe dni służyło do wspierania się jednego lub dwóch rzędów dzieci i starszych oglądających nas, od rana do wieczora. Wszystko robiliśmy jak na scenie! Po przenocowaniu odbył się drugi targ - „priedsiedatiel" perswadował i uzgadniał z kołchoźnikami przyjmowanie na kwatery zesłańców. Była dobrowolność z obu stron, ale trzeba było wszystkich zakwaterować. Odbywało się chodzenie i oglądanie izb, w których najczęściej kątem mieli zamieszkać. Sprawą nie wiadomą były zasoby rzeczy ubraniowych, na jakie jako zapłatę mogli liczyć, czy też na pomoc w domu. To też wchodziło w rachubę, bowiem kołchoźnicy mieli do odpracowywania określoną ilość „trudodni". Np. kobieta musiała, ze swoją krową jako zwierzę pociągowe, najczęściej w pługu, odpracować 80 dni w roku. O opiekę nad dziećmi nikt się nie troszczył - zostawały same.

       Przyszła z babcią jakaś kobieta po mnie i Krzysia, zabrała do nakarmienia. To było pierwsze nasze śniadanie przy stole, z herbatą i bardzo tłustą jajecznicą, na Syberii. Nasza rodzina była oglądana jako okazy autentycznych „burżujów" i „pamieszczikow", jednak do chaty nikt nie chciał nas. Spędziliśmy w klubie święto 1 Maja, oglądając w napełnionej ludźmi sali film o rewolucji francuskiej. W koń¬cu „priedsiedatielowi" udało się przekonać Jemczenków, wychowujących sierotę, którego chata stała pusta, żeby mogła być wynajęta. Dawało to nam komfort zamieszkiwania samym, ale znaleźliśmy się jedyni z przybyłych zesłańców w Połtawce sami odpowiedzialni za ogrzanie chaty w czasie zimy, tak żeby nie zamarznąć! Na Syberii jest to na równi z jedzeniem, a czasem ważniejsze i częściej prowadzące do śmierci. Głód bywał przyczynkiem, a mróz powodem.

       Pierwszą próbę mieliśmy 9 maja, śnieżna zawieja - „buran" taki, że sąsiednich chat nie było widać. Stado koni spędzone ze stepu tuliło się wkoło chaty, jeden łbem szybę wycisnął. Okna oczywiście były pojedyncze. Nie mieliśmy opału przygotowanego - „kiziaki" mokre i pod śniegiem. Spaliliśmy pleciony płotek przy domu. Jedyne, co było przy chacie - step podchodził do ścian niemal, bo była niezamieszkana od lat.

       Sybiracy, niezależnie od pochodzenia, odnoszą się w zasadzie przyjaźnie do nowych przybyszy i chętnie wtajemniczają ich, uczą jak przetrwać trudny okres, którym niewątpliwie jest zima. Staje się to jakby wspólny wróg, wspólne zło, które trzeba przeżyć. Nie ma tu konkurencji, bo nikt niczyim kosztem nie przeżyje, każdy ma swój własny los. Nam pomocni stali się nasi gospodarze. Stara babuszka, pilnująca interesów wnuka - sieroty, gospodyni Dunka z piątką dzieci (Katia, Wołodia, Mańka, Miszka i mały Iwan przy nas urodzony) oraz gospodarz Iwan, no i jego bratanek Mikoła. Krzyś się z dziećmi bawił i nazywali go Szyszuk. Przysługiwało im prawo do trzymanie dwóch krów, co dawało parę do jarzma i wozu.

       Babuszka odwiedzała nas niemal codziennie, w porze obiadowej. Siedziała na ławie i patrzyła, trochę rozmawiając. Była zdecydowaną przeciwniczką nowego ustroju i przed nami nie kryła się z tym. Dunka nie miała czasu na pogaduszki, ale ona nas najwięcej nauczyła tamtejszego sposobu życia. Na początku „mazanie" chaty podjęła z cioci udziałem. Jest to naprawa glinianej powłoki powlekającej ziemne bloki tzw. samanu. Wykonywana musi być corocznie, żeby ściany nie rozsypały się. Zeskrobuje się spękane i odstające fragmenty. Następnie zasmarowuje się gliną na dłoni te ubytki i po wyschnięciu powleka warstwą białawej gliny, kopanej opodal nad mokradłem, dodając trochę krowiego świeżego nawozu. Na taki podkład nalepia się grubszą już warstwę ochronną, jakby rodzaj tynku, do którego oprócz gliny i nawozu dodaje się plewy, które tworzą mikrostrukturę, po której powierzchni nawet zacinające na ścianę deszcze spływają. Podobną, ale grubszą powłokę daje się na gliniany, a właściwie darniowy daszek nad sionką i serajem (pomieszczenie na inwentarz żywy, u nas komórka na opał). Bowiem sam dom był pokryty strzechą z trzciny. Robota ta trwała ok. trzech dni. Ja pomagałem tylko przy kopaniu gliny, przynoszeniu nawozu, no i miesząc nogami w wykopanym dołku glinę. Robiło się to w dowolnym miejscu, po usunięciu darni i warstwy próchnicznej - podłoże było tym surowcem służącym do robienia zaprawy. Było sprawą oczywistą, że Dunka tylko ten pierwszy raz to robi z nami, pokazuje jak - a potem w następnych już latach będziemy to robić sami. Tyle, że myśmy nie myśleli nigdy kategoriami lat, no rok najwyżej!

       Z noszeniem wody mieliśmy kłopoty, bowiem nasze jedyne polskie wiadro było za duże do noszenia dla jednej osoby w ręku, a do studni mieliśmy ok. 200 m; nieśliśmy więc z ciocią we dwoje na długim kiju. Sybiracy nosili na koromysłach, mniejsze wiaderka i wysoko na ramieniu (bez drucianych haczyków). W zimie to miało ten walor, że jak się zapada człowiek w śnieg, wiadra nie wylewają się. Później, w zimie, okazało się, że nasze wiadro nie mieści się w oblanym lodem otworze studziennym i trzeba było pilnować, jak ktoś idzie do studni i nam wyciągnie wody. Potem zrobiłem wiaderko cylindryczne, wąskie. Nosiło się swój sznur do wyciągania. Sybiraczki, bo to najczęściej kobiety wodę nosiły, żeby się nie chlapało dosypywały trochę śniegu na powierzchnię wiader, albo trochę pogadały sobie i już „nakrywki" lodowe trzymały!

       Następna akcja przystosowawcza była, jak gospodyni poprosiła żebym przyszedł do pomocy przy mieszeniu kiziaku i robieniu tzw. kirpicza - czyli dosłownie: cegły z gnoju. Zbierany obornik przez całą zimę, od dwóch krów, na gromadę w ciepły dzień rozrzuca się w spory okrąg, polewa wodą i miesi pędzając w koło krowy lub woły, uwiązane sznurami do wbitego po środku pala, i tak jak w kieracie poganiane. Obornik jest dość słomiasty i tworzy rodzaj papki, którą się nakłada widłami do drewnianej formy - ramki zbliżonej w kształcie do pustaka, udeptuje i odrywa od deski, na której się to tworzy, niesie na step i rzędami wytrząsa z formy. Tak schnie ok. tygodnia, potem stawia się go kantem, następnie ustawia po trzy w „budki" i wreszcie w stożki podobnie jak u nas torf. Jest to najlepszy opał - łatwy w ułożeniu i przechowaniu, nie namaka, jest wysokokaloryczny. Tu praca trwała przez cały dzień, byłem tam karmiony i wieczorem w zapłatę dostałem od Dunki wielki pszenny bochen chleba! Mój pierwszy w życiu zarobek. Do długo śmierdzących rąk jakoś się przyzwyczaiłem.

       Nauczono też nas, że na niedzielę „wypada" glinobitą podłogę zaciągnąć też świeżym kiziakiem, najlepiej jasnozielonym od cielaków, przeciw pchłom. Tak samo przy piecu chlebowym, ten brudzący się przód - też czyściutko kiziakiem posmarować... Była to już moja robota. Wszelkie pędzle do bielenia czy tego „malowania" robiło się z trawy stepowej zwanej kawyl. Była to Stipa capilata czy S. joanis, dające ten przepiękny efekt błyszczenia stepu po jej wykłoszeniu się.

       Natomiast zbieranie suchych kiziaków na stepie trwało przez cały suchy czas. Nie miały one ani tej wartości, co mieszony kirpicz, kruszyły się i były zarobaczone, źle się układały. Niemniej wpojono nam to przekonanie, że cały czas trzeba je gromadzić na zimę.

       Gospodyni wyliczyła też nam kiedyś, że na zimę trzeba mieć 10 fur drewna. W jej pojęciu to była wierzba krzaczasta, tałła. Ją tylko wolno było rąbać; brzozy nie było wolno i karano za to. Ejmczenkowie tego nie robili, byli bardzo praworządni, pamiętam, że zostało z Dunką uzgodnione przywiezienie 6 fur na parę krów i ja zjeździłem z nią do pomocy w rąbaniu. W strasznych komarach to się robiło, w lesie, a stepie już ich nie było, dopiero wieczorem. Laski były odległe o ok. 3-5 km, rosły wilgotniejszych, kolistych zagłębieniach terenu. To była tzw. strefa laso-stepu, przejściowa między stepami a tundrami. Robiliśmy też z ciocią we dwoje wyprawy pożyczanym na początku dwukołowym wózkiem po surową brzezinę. Z tego drewna zrobiłem własny wózek, pozyskując (!) koła żeliwne od pługa koleśnego. Z nim były też łatwiejsze wyprawy po kiziaki, zbierało się do worków i wiozło do domu. Wielką dolegliwością był brak siekiery. Do rąbania drewna musiałem pożyczać ją, gospodarze mieli dwie, tę gorszą i lepszą na wyprawy do lasu. Nie robiono trudności w pożyczaniu. Nawet Dunka powiedziała, że u nich też mówi się: sokyra. Chociaż nigdy tej nazwy nie posłyszałem więcej - topor. Uczyłem się szybko rosyjskiego.

       Był też opał na dorywcze i bieżące okazje, jak słoma czasem gdzieś wykryta i nazwożona, piołuny wielkie się wycinało. To niemiłe, gorzkie, było ich wpadanie do potraw w piecu chlebowym podczas gotowania. Na początku zimy, po mrozie skoszono kombajnem pole słoneczników oleistych na wysokości ok. 1 m nad ziemią i pozostałe łodygi wyłamywało się i woziło. Był to dobry opał, bowiem pozostawiało bardzo mało popiołu, nie tak jak ze słomy, gdy popiół zapychał cały piec.

       Tym przygotowaniom do syberyjskiej zimy towarzyszyło opowiadanie na temat mrozów, śniegów i wilków, że ludzie podczas buranu błądzą i do studni niebezpiecznie jest iść, bo można przy drobnej pomyłce pójść w step, a to kończy się zamarznięciem. Następne osiedle jest o kilkanaście kilometrów i nie ma absolutnie żadnej możliwości dojścia gdziekolwiek do ludzi. W czasie burzy śnieżnej wodę topi się ze śniegu, nie jest ona smaczna, ale za to dobra do mycia. Opowieści o wilkach były bardzo realistyczne, ale jak zwykle pewno przesadzone. Relacje o znalezionych nóżkach w walonkach (tam są walonki bite z wełny, grube i twarde) ogryzionych przez wilki, po dziecku idącym rano do szkoły.

       Przygotowaniom do zimy towarzyszyły opowiadania na jej temat - o mrozach poniżej 50 stopni (pamiętam - 56), o śniegach zawiewających chaty do kominów, o głodnych wilkach podchodzących do zabudowań. Dunka podała prosty sposób oceny temperatury w czasie silnych mrozów: nabrana kwarta wody wyciągniętej prosto ze studni i chlupnięta w górę, jeśli spadają kawałki lodu, to znaczy, że jest poniżej minus 40 stopni, a jeśli woda - to mniejszy mróz, „tiepło"! Pocieszali też, że na „Sybire" jest tylko pół roku zimy, a reszta „leto"! Istotnie lato było nawet upalne i długie. Przejściowe pory wiosnę i jesień odczuwa się jako krótsze niż w Polsce, po prostu zima na nie wchodzi!

       Burany, ten postrach tamtejszych zim, gdzie na warunki termiczne nakłada się bezdrzewna przestrzeń niezmiernej równiny, sprzyjająca wielkim ruchom pokrywy śnieżnej, zanim ona opadnie, ale również przemieszczanie jej przez wiatr w postaci sypkiego śniegu (przy ciągłym mrozie - nie ma tam w zimie odwilży!). Jedynym czynnikiem stabilizującym śnieg jest jego ubicie przez wiatr. Po zaspach równych z chałupami można nie tylko chodzić, ale jechać sankami koniem. Są dwa rodzaje burzy śnieżnej. Jeden, gdy pada gęsty śnieg, jest pochmurno i wiatr niesie go, przesłaniając cały świat - o kilka kroków nic nie widać. Drugi przy pogodnym,bezchmurnym niebie, gdy wiatr najczęściej wiejący z zachodu, od Uralu, miecie dawniej spadłym śniegiem. Przesłona bieli sięga czasem jednego do dwóch metrów lub wyżej, widoczne są wówczas zwykle dachy chat i kierunek wiatru jest stały, co pozwala też na zachowanie orientacji. Po paru dniach takiej pogody powstają te wielkie przemieszczenia mas śnieżnych, którymi zajmowali się badacze rosyjscy i w praktyce spotykaliśmy się z robieniem „sniegozadierżania" nie tylko jako akcja czasem robiona w kołchozie, ale i na działkach przyzagrodowych kołchoźników. Nasi gospodarze na krańcu swego 30 arowego poletka ustawiali ubite wiatrami tafle śniegu, co sprzyjało jeszcze większemu nagromadzeniu się tego wododajnego czynnika. Im więcej zasp w zimie, tym więcej wody na początek suchego lata.

       W strefie już zupełnego stepu, bez brzozowych lasków i rokit, Polacy byli zatrudniani przy sadzeniu pasów leśnych w sowchozach (Kijały, Kirowsk). Były one robione w odstępach 1 km od siebie, w systemach po ok. 3 km długości, zapewniające zwiększenie zimowej retencji wody w postaci śniegu. Nazywano to Stalinowskim planem przeobrażania przyrody. Znajdowaliśmy się na obszarze bezodpływowym - nie spotkałem żadnej rzeki a tylko jeziora okresowe lub stałe, do których jedynie wody śniegowe wiosną spływały.

       Do zimy syberyjskiej przygotowała się też nasza babcia budując piec, tzw. leżankę, o poziomo położonym palenisku i kanałem grzewczym, w pierwszej małej izbie (bez pieca!), w której ze Stefcią się ulokowały. Niepodobne było pomieścić się w jednej izbie, chociaż dość dużej. Specyfika choroby Stefci wymagała stałej opieki babci. Do budowy tego pieca babcia zabrała się od razu po zamieszkaniu. Pomogłem może trochę przy wyszukaniu cegieł z gruzu po zburzonych w czasie rozkułaczania chatach. Pomysł i wykonanie miała własne, nie wiem nawet czy się kogoś radziła. Wymurowała sama i podłączyła do przewodu kominowego w ścianie działowej, wylotem do wybierania sadzy.

       Skoro poruszam zagrożenia bytu Stefci, wynikła tutaj sprawa, że ona zwykle chodziła w kółko, nawet w ogrodzie ścieżki szły kolisto i pod dom wracały. Zresztą ogród był dużym (5 ha), ale zamkniętym terenem. Okazało się, że Stefcia nie zawraca sama - idzie i idzie. Mając przed sobą step, parokrotnie zdarzyło się, że nie spostrzegliśmy, a Stefci nie ma... Dopiero w dali na drodze (dróg się trzymała, na szczęście) widnieje jej szary fartuch i lekko pochylona sylwetka. Raz obiegłem pewno w promieniu kilometra drogi odchodzące od naszego domu. Wielką troską babci była myśl o kolejności śmierci. Bała się, żeby nie umrzeć wpierw. Szczęśliwie życzenie i modlitwy babci zostały spełnione.
      
       U schyłku lata, podczas naszych wypraw wózkiem dwukołowym do najbliższych brzezinek pomyślałem o przygotowaniu materiału na budowę sanek, żeby w czasie zimy też móc opał dostarczać. Czas spędzany w warsztacie u stelmacha w Czartajewie pozwolił mi teraz na wyciosanie płóz i wykonanie konstrukcji,z kłonicami, do ładowania opału. Najpierw to były badyle słonecznikowe, a potem podczas pewnej, stabilnej pogody mogliśmy robić wyprawy także w zimie do lasu. W paczce przysłano mi małą siekierkę. Pierwszej zimy podczas jednej z naszych z ciocią wypraw do lasu po „kradzione" drewno miała miejsce wpadka - złapała nas na drodze leśniczka. Użyłem tu określenie kradzione, ale tam i wtedy, na Syberii nikt z nas taką kategorią tego czynu nie nazywał, myśmy po prostu brali zakazane przez władzę rzeczy czy produkty w poczuciu, że one się nam należą, ponieważ tu nas wbrew naszej woli przywieziono i to jest nam niezbędne do przeżycia. To się nam należy! Oczywiście nasz instynkt samozachowawczy nakazywał nam kryć się z tym, żeby się udało, żeby przetrwać. W tym wypadku ciągnęliśmy sanki wyładowane świeżą brzeziną wyrąbaną w środku okrągłego, otoczonego śnieżna ubitą zaspą na 2-3 m wysoką. Wewnątrz lasek nie był zasypany, ale trzeba tam było dojść do grubszego drzewa, wyrąbać je i po kawałku wynieść. Tak załadowane sanki na zimowej drodze dogoniły sanki zaprzężone w jednego konia i powożone przez ko¬bietę. Kazała się zatrzymać i zwalić drewno, żeby go nie było! Zarekwirowała siekierę, którą w „Sielsowiecie", po zapłaceniu kary można będzie odebrać. Nakrzyczała na nas i odjechała zostawiając drewno na poboczu. Załadowaliśmy znowu i do domu jeszcze te 2-3 km do zachodu słońca...

       W sierpniu skończyłem 12 lat. Uczyłem Krzysia pacierza - odmawiał go głośno, w koszulince klęcząc na narach, z plecami okrytymi kołderką. Prośby o zdrowie -wyliczał dla całej rodziny w Polsce i tam na Syberii. Nadeszła nieunikniona syberyjska pora roku - zima. Oczekiwana przez nas, a może lepiej się wyrazić spodziewana, z wielkimi obawami. Czy przeżyjemy, kto z nas przeżyje? Już w grudniu mróz pokazał się białym skrzącym szronem w narożniku izby i na suficie. Nie znikał do wiosny. Okna (pojedyncze) grubo ponamarzały. Dolne dwie szyby pozasłaniało się z zewnątrz dla ocieplenia słomą. Pod narami była wykopana piwniczka na ziemniaki, do której mróz nie wchodził. Woda na ławie w wiadrze często po nocy była zamarznięta. Zaczęliśmy z Krzysiem sypiać na piecu chlebowym. Od spodu było nieraz za gorąco.

       Mamie udało się z Warszawy, z GG, wysłać mi kożuszek. Ciocia uszyła z koca taki rodzaj walonek watowanych, do kaloszy, które cudem się skompletowały, bowiem jeden zgubiłem na nieudanym przejściu granicy, znalazł go przewodnik i wraz w zapłatą, oddał mamie. Byłem jako tako ubrany do tych starań o opał.

       Zesłanie przebyłem o rok młodszy, bowiem z metryki odczytano datę chrztu pisaną cyframi, a nie urodzenia - słowami. Miało to dla mnie istotne znaczenie, bowiem uniknąłem udziału w wojnie, a jeszcze mogłem. Nie zostałem też wciągnięty do stałej pracy w kołchozie czy sowchozie. Jakoś ciocia umiała mnie wytłumaczyć, gdy konny objeszczyk do poganiania wołów chciał mnie wezwać. Wcześnie zacząłem zarabiać blacharstwem, lutowaniem garnków i ślusarstwem, potem jeszcze rybołówstwem, wikliniarstwem.

       Odstąpię od relacji z sześciu lat zesłania, jest to już w znacznej części opisane. Natomiast postaram się przedstawić niejako bilans strat naszej rodziny oraz losy późniejsze w PRL.

Wojenne klęski naszej rodziny

       Aresztowanych oraz zesłanych przez sowietów, w naszej najbliższej rodzinie - licząc obie babki i rodziny rodzeństwa ojca i matki, zostało 15 osób. Z czego wróciło do kraju drogą repatriacji 6 osób, 4 wyszły z armią gen. Andersa i osiadły na Zachodzie (w Kanadzie), zaś 5 zmarło lub zaginęło.

       Pierwszego aresztowano wujka Michała Warczuka w jesieni 1939 r., w Czartajewie Podleśnym. Był więziony w Bielsku, potem w Białymstoku. Zaginął bez wieści. Ciotkę Konstancję Warczuk wraz z babką Barbarą Wołk wywieziono 13 kwietnia 1940 r. razem ze mną na Syberię. Konstancja wróciła w 1946 r. do Polski, Barbara zmarła podczas drugiej zimy na Syberii, 18 lutego 1943 w Połtawce.

       Następną rodziną wywiezioną była ciotka Łucja Madaliriska z teściową Ewą Madalińską, z osady wojskowej koło Kobrynia, pod Archangielsk 10 II 1940 r. Wujek Zbigniew Madaliński, legionista, zmobilizowany w 1939 r. dowodził kompanią w Zgrupowaniu gen. Kleeberga i po jego kapitulacji nie poszedł do niewoli, lecz przedostał się do Francji. Tam wałczył pod zmienionym nazwiskiem Zdzisław Malinowski i jako oficer francuski trafił do niewoli niemieckiej. Łucja wydostała się z Rosji z Armią gen. Andersa, zaś jej teściowa zmarła na Syberii w 1941 r. w Nuchto Oziero obw. Archangielski. Madalińscy osiedlili się w Kanadzie, ale w 1979 roku wrócili do Polski.

       Kolejnym był dom Sułkowskich w Krzemieńcu, gdzie wujka Jana Sułkowskiego aresztowali sowieci w jesieni 1939 r., zaś jego córkę Janinę w okresie pierwszej zimy 1940 r. Przeżyli więzienie i wydostali się z Rosji przez Indie na Zachód. Ciotkę Natalię z synem Czesławem i córką Wandą wywieziono 13.04.1940 r. do Kazachstanu, do Tajanczy, ok. 80 km od nas. Czesław wyszedł z Armią gen. Andersa, gdzie jako obeznany z bronią jeszcze z Liceum Krzemienieckiego, przestrzeliwał broń nadchodzącą z fabryk, żeby nadawała się do strzelania w walce, a ciotka z Wandą wróciły do Polski transportem razem z nami. Janina i Czesław również osiedli w Kanadzie, gdzie do nich dojechała z Polski matka, ciocia Natalia i tam zmarła. Wanda (po mężu Myśliwiec) mieszka w Dąbrowie Górniczej.

       W końcu nasz dom w Czartajewie - Benigna Urbańska (babka), Stefania, jej córka oraz Adam i Krzysztof Wołkowie. Stafania zmarła drugiej zimy na zesłaniu 20.12.1942 w Połtawce, a Benigna UrbańskalO.03.1944 w Kijałach, po chorobie w wyniku najechania w zimie sań. Adam i Krzysztof powrócili transportem repatriacyjnym do Polski.

       W jesieni 1944 r. ojciec na terenie „wyzwolonym" przez sowietów powrócił do swego majątku, Czartajewa, z zamiarem obsiewu. Podczas upaństwawiania gospodarstwa został aresztowany i wywieziony do obozu w Ostaszkowie. Powrócił po półtora roku szczęśliwie i cało, 4 miesiące przed nami.

       Aresztowanie ojca miało miejsce podczas, gdy myśmy byli jeszcze na zesłaniu. Wiadomości były b. skąpe i ostrożne z uwagi na cenzurę, która otwierała wszystkie listy i nierzadko wycinała coś.

       Należy stwierdzić, że zgony tym razem, w naszej rodzinie na Syberii, nie dotyczyły osób młodych, a dzieci przeżyły. Barbara Wołkowa, która w młodości zostawiła tu groby trójki dzieci, teraz sama nie przeżyła swego drugiego pobytu.

       Tu już można dokonać podsumowania lat przebytego zesłania w ciągu trzech pokoleń w okresie od końca XIX w. do połowy XX (1882-1946). Dziad Gustaw Wołk ok. 8 lat, ojciec Stanisław 1,5 roku i synowie 6 i 2 miesiące, co w sumie wynosi ok.16 lat zsyłki, wiezienia i łagru.

       W moim życiu okres zsyłki na Syberię przypadł na okres mego wieku od 11 do 17 lat. Dzieciństwo nagle się skończyło i rozpoczął czas twardego już życia, z pełną odpowiedzialnością za los nie tylko swój, ale i rodziny, w skład której wchodziły dwie staruszki i 3-letni brat. Było to przede wszystkim gromadzenie opału na 6 zim syberyjskich. W trakcie tych lat połowa naszej rodziny zmarła, przetrwały
trzy najmłodsze osoby.

       Obecnie (2009 r.) z tych 15 osób, jakie weszły w kontakt z Syberią, żyje cztery: Czesław w Kanadzie, Wanda w Dąbrowie, Adam w Puławach i Krzysztof w Toruniu.

Powojenne losy rodziny i moje

       W granicach powiatu, w którym był upaństwowiony czy rozparcelowany mają¬tek, byli właściciele nie mieli prawa zamieszkiwać. Nasza rodzina zebrała się w Białej Podlaskiej, gdzie dyrektor jednego z pierwszych po wojnie otwartych gimnazjum zaproponował mamie naszej pracę jako kierowniczki bursy gimnazjalnej. Dyr. Damrosz podczas okupacji przebywał we Frankopolu i tam uczył też moją siostrę i Danutę. Stąd, gdy spotkała się z nim w Siedlcach, zabrał ją zaraz do Białej (gdzie też po roku zdała maturę). Mama z koniem i wozem przyjechała niebawem do bursy, objęła pracę i jakie takie mieszkanie.

       Wybór Białej był dodatkowo pomyślny, bowiem tu przychodziła większość transportów repatriacyjnych z Rosji. W styczniu 1946 r. powrócił ojciec. Był tak zagłodzony, że mama go nie poznała. Rozmawiając z panią, której mąż wrócił, z nim się przywitała, ale obok jeszcze ktoś stoi.... to był tatuś. Ważył 46 kg, przy wzroście 180. Nigdy się na nic nie skarżył, nie narzekał.

       Niebawem objął stanowisko pełnomocnika Polskiego Czerwonego Krzyża. Jedna siostra Ewa już studiowała w Lublinie na Farmacji, a druga Dana w Warszawie na Architekturze. Do Białej przyjeżdżały tylko na święta, no i teraz na telegram, jaki tatuś wysłał 17 czerwca 1946 r. „Przyjechali". Krzyś znał rodziców raczej tylko z fotografii. Miał teraz lat 9 i pół. Za dwa lata miałby wiek, w jakim mnie wywieziono na Syberię. Jakie on miał długie dzieciństwo! Na Syberii i w Polsce.

       Pani Wanda Modzelowska, z naszego transportu, upewniwszy się, że pociąg dłużej postoi, pierwsze wyładowywania, poszła do kościoła, a tam ponad kilometr lub dwa jest. Na ul. Kraszewskiego spojrzała na szczyt domu i poznała go....widziała akwarelę Dany w liście do nas. Pod oknem zawołała: Proszę pani, dzieci przyjechały! Tak oto rodzice zostali zawiadomieni.

       Na bialskich peronach czy raczej torowiskach witaliśmy się. Krzyś po przy¬witaniu się z rodzicami, wrócił do cioci i wtulił się w spódnicę. Radość tę trudno opisać. Tu wysiadały też ciocia Nata Sułkowska z Wandą. Czyli wszyscy z naszej rodziny mający wracać. Trochę mieszkały w izdebce przy bursie, a potem mama im wynajęła pokój. One ok. roku się w Białej zatrzymały, potem pojechały do Będzina.

       Na wiadomość o naszym powrocie z Syberii przyjechał do Białej rowerem Stanisław Moczulski ze wsi Grzyby; to nasze najbliższe sąsiedztwo ze szlachtą. Widział, że folwark ciotki Warczukowej nie podlegał reformie i nie jest przez nikogo zajęty, zamierzał porozumieć się w sprawie dzierżawy. Do wstępnych ustaleń doszło i na następny dzień odjechał. Niebawem i właścicielka pojechała tam. Moczulski miał 4 synów i dwie córki, co stanowiło spory potencjał do prac rolnych. Rozpoczęło się od dzierżawy, a potem sukcesywnie dokupowali ziemię, aż - obecnie - prawie na całości potomkowie gospodarują.

       Należało jeszcze uporządkować nasze dokumenty, na razie chodziło głównie o moje, miałem bowiem 18 lat, a wróciliśmy z bratem z Rosji właściwie nawet bez nazwiska. Aresztowani i wywiezieni byliśmy wpisani z nazwiskiem w babci dokumencie, gdzie i ona była jako „Wołk-Urbańska". Wracając, podczas opcji wpisano nas do zaświadczenia: Ob. Warczuk Konstancja córka Gustawa zamieszkała w st. Kijały Sowieckij rejon Połnocno-Kazachstański obwód udaje się wraz z członkami swojej rodziny: siostrzeniec Adam 1929 r. i siostrzeniec Krzysztof 1936 r. na stały po¬byt do Polski na podstawie Umowy Polsko-Radzieckiej z dnia 6 lipca 1945 r. Miasto Pietropawłowsk 3 marca 1946 r., Pełnomocnik Polskiej Delegacji - Spalona /podpis/.

       Wróciłem również o rok odmłodzony, o czym pisałem już. Teraz należało też to sprostować. Matka moja powodowana obawami, że mogę spotykać się z jakimiś prześladowaniami, do szkoły podała swoje nazwisko, a występowała tu pod panieńskim, jako Urbańska. Pod tym nazwiskiem rok uczyłem się Białej. Jednak podlegałem już obowiązkowi wyrobienia Tymczasowego Zaświadczenia Tożsamości. To mogłem widocznie tylko w Siemiatyczach zrobić, gdzie pojechaliśmy z ojcem w terminie - jak widzę - do 2 tygodni od powrotu. Tam widocznie pokazałem metrykę (w Siemiatyczach zaginął akurat ten rocznik) i wystawiono dokument tożsamości, meldując mnie: „1 VII 1946 r. we wsi Czartajew". Na odwrocie wymeldowano mnie do Białej Podlaskiej z tą samą datą. Szczęśliwie nie wpisano jako miejsca urodzenia „majątku", tak jak jest w metryce. Niemniej mama postanowiła w przyszłości wyzwolić mnie z tego zapisu i sądownie wyrobiła mi metrykę, prostując miejsce urodzenia na Warszawę, jak też było w rzeczywistości.

       Kupiła mi mama rower, poniemiecki u handlujących na targowisku pp. Syryjczykowskich z Kosowa - poznali mamę i musiała ich prosić, by „pani starościno" nie tytułowali! Była to dla mnie wielka uciecha. Nawet korepetytorka mi zwróciła kiedyś uwagę, że za dużo czasu jeżdżę w kółko po boisku, zamiast się uczyć. Zacząłem już rowerem jeździć do Czartajewa (60 km), nawet z Krzysiem na specjalnie do ramy przytwierdzonym siodełku.

       Tymczasem przygotowywaliśmy się z Wandą do egzaminu do gimnazjum dla dorosłych, popołudniowego. Chodziłem na lekcje do p. doktor Moczulskiej, która tu też przejściowo zamieszkiwała (jedna z pań z Frankopola). Miałem przecież tylko przedwojenną 4-tą klasę szkoły powszechnej ukończoną. Na Syberii były okresowo później organizowane polskie szkoły, podczas wakacji, ale to nie miało stałego charakteru edukacji. Odbył się egzamin, ale wyniki miały być dopiero ogłoszone, więc zapytałem mamę czy zdałem. Odpowiedziała: „nie zdałeś, ale jesteś przyjęty". To moja pierwsza protekcja!

       Od września zaczęły się zajęcia lekcyjne. Znakomita większość osób pracowała. Byłem jednym z młodszych. Za mną siedział por. Kowal, z UB. Często bywał zmęczony i podsypiał, mówiąc, że akcję w nocy mieliśmy. Prosił wówczas o notatki. Po wielu latach zobaczyłem, że on wypełniał formularz z tatusiowego powrotu z obozu.

       W bursie za utrzymanie chłopców rodzice ich płacili produktami. Taka była kalkulacja, że „dwóch" utrzymuje „trzeciego". W tej sytuacji mogli być też chłopcy z biednych domów zwalniani z opłat lub ich części. Tak samo było z naszym utrzymaniem. Kiedyś wysłała mnie mama rowerem do dość oddalonej wsi w sprawie jakiegoś długu w maśle czy też umyślnie na wakacje umówioną zapłatą. Było to u Sawickich. Duże gospodarstwo z dworkiem ładnym. Oprócz Ryśka był jego starszy brat i kolega tak jak i ja rowerem przyjechał z Białej, Wróblewski (Danki Damroszówny znajomy). Przed wieczorem z masłem pojechałem i niebawem zgarnął mnie „Resort" jak się UB nazywało. Wylegitymowali, wypytali i na samochód. Kabina miała narożniki jak sito postrzelane. Od środka przez przednią szybę widocznie, ogniem krzyżowym byli ostrzelani kiedyś. Dziś to tylko ślady, szyby już były, ale wyglądało to nieciekawie. Po jakimś czasie znów kogoś zgarniają. A to Wróblewski, nie daliśmy po sobie poznać, że się znamy. W Białej stajemy koło koszar i każą wysiadać. Kogoś tam zabierają, ja stoję z rowerem obok, a tu jakiś podoficer mówi do mnie „jedź" i wskazał przed siebie ręką. Pojechałem i w domu, opowiedziałem. Na drugi wieczór podszedłem pod furtkę, oglądając się w koło, Wróblewski, ale z trudem idący, powiedział, że chciał zawiadomić, że go już puścili i odszedł. Odniosłem wrażenie, że mnie coś ominęło, że mi się udało...

Wyjazd do Poznania

       Słyszałem rozmowy rodziców o przeniesieniu się gdzieś. Pamiętam dobrze jak kiedyś mama powiedziała, że spotkała na ulicy Fijałkowskiego, „to znaczy, że po-I winniśmy wyjechać stąd". Nie dowiedziałem się nigdy kim był, ale tatuś to przyjął to w milczeniu. Pisał do jakichś znajomych w Poznaniu, w „Społem", bowiem kontakty spółdzielcze miał jeszcze z przedwojennych czasów. Nie wiem jak się UB w Białej zachowywało i czy były jakieś inwigilacje. Rodzice uważali, że lepiej zejść z oczu. Podczas wakacji 1947 r. zapadła decyzja i w końcu sierpnia nastąpiło pakownie i wyjazd pociągiem, z bagażami nadanymi koleją.

       Pierwszym naszym miejscem zaczepienia się był dom p. Meissnerowej, koleżanki naszej mamy z WSH. Do niej zwiezione zostały bagaże, gdzie dłuższy czas były w piwnicy przechowywane. Nocowaliśmy też tam przez jakiś czas, zanim nie przenieśliśmy się do hoteliku ZNP. Rodzice znaleźli dla siebie pracę, ojciec w „Społem" a mama w szkole zawodowej uczyła organizacji pracy, warsztatu (np. w szkole fryzjerskiej) lub okresowo języka rosyjskiego, potem u ss. Urszulanek w Pniewach. Od początku września trwało zapisywanie mnie do jakiegoś przyspieszonego gimnazjum dla dorosłych. Chodziła ze mną oczywiście mama, z legitymacją nauczycielską, co bardzo ułatwiało te rozmowy. W gimnazjum OMTUR nie było do pomyślenia, żebym bez należenia do organizacji młodzieżowej mógł uczęszczać. W następnym bez takiego szyldu, też po tygodniu chodzenia się okazało, że jest to nie do przeprowadzenia również. Nie dopuszczałem nawet takiej myśli bym się zapisywał do komunistycznego jakiegoś związku dla możliwości uczenia się. Po powrocie z Syberii! Wreszcie poznańskie nauczycielki poradziły do Gimnazjum im. Marcinkowskiego, na popołudniówkę dla dorosłych. Okazało się, że tam nie ma takich wymogów - udało się. Tu też zaskakiwały mnie dopytywania kolegów: a za co byłeś wywieziony? Tego w Poznaniu nie rozumiano, aż chyba do „wypadków poznańskich".

       W Białej przez rok 1946/47 zrobiłem dwie klasy gimnazjalne, a tu od trzeciej -czwartej zacząłem (rok 1947/48). Potem liceum w sumie półtora roku (1948/49 i do lutego 1950 - matura). Cała moja edukacja w szkole średniej trwała trzy i pół roku. Miałem sporo czasu na przygotowanie się do egzaminu na Uniwersytet Poznański, Wydział Rolny - Studium Ogrodnicze nowo utworzone, jeszcze nie wydział. Maturę miałem na nazwisko Wołk-Urbański i na takie zdałem na I rok studiów na UP. Już w liceum miałem roczną reklamację od wojska z uwagi na maturę, a teraz już było utworzone Studium Wojskowe na uczelniach i uniwersytet o reklamację wystąpił. Rozpocząłem już zajęcia, otrzymałem indeks - aż tu na 16 listopada dostałem wezwanie do poboru i zostałem wzięty na roczną szkołę oficerów rezerwy (SBOR) do Skierniewic. Przypuszczam, ze wcielenie mnie do wojska miało związek z doszukaniem się danych o pochodzeniu i zależało „im" żebym nie zdobył wyższego wykształcenia.

       W tym czasie dotknęła nas choroba Krzysia - gruźlica. Bardzo to był ciężki okres obawy o niego. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności był w klinice w Poznaniu pierwszą streptomycyną już leczony i wyszedł z tego obronną ręką.

Służba w wojsku

       W wojsku miałem już odpowiedni życiorys i nauczyłem się go na pamięć, z pracą ojca w samorządzie miejskim w Równem (bez prezydenta oczywiście!). Miejsce urodzenia neutralne - Warszawa. Pobyt w Kazachstanie tylko problematyczny, ale takich było wielu. Prawdziwy życiorys złożyłem dopiero w Instytucie w 1989 r. po zwycięstwie w wyborach Wałęsy. Czy o pochodzeniu ziemiańskim wiedziano - nie mam pojęcia, tak jak nie wiem, co było powodem wzięcia mnie z uczelni do wojska. Takich przypadków było niewiele. Na naszej podchorążówce z ok. 300 z maturami wybrano 100, których - po przedłużonym o rok stażu podoficerskim (byłem na Śląsku) w jesieni 1952 r. promowano w Warszawie na Forcie Służewieckim do stopnia chorążego w rezerwie i następnie drugim rozkazem prawie wszystkich powołano do służby czynnej z powrotem. Był to okres intensywnych zbrojeń i rozbudowy ochrony przeciwlotniczej. Zalatywały nad Polskę obce samoloty.

       Dostałem przydział do nowo tworzonego związku taktycznego, dywizji do Wrocławia. Tam po roku zadomowienia się, w jesieni 1953 r. zgłosiłem się na Rolnicze Studium Zaoczne, gdzie zdany egzamin w Poznaniu upoważniał mnie do przyjęcia. Oficer personalny, przychylny mi por. Sienkiewicz, pouczył mnie o sposobie uzyskania zezwolenia, doradzając stawanie do raportu w dniu, gdy gen. Strażewski przyjmuje jako poseł. Tak też zrobiłem. Przyjął, wysłuchał i podpisał, sięgając do kubeczka zastruganych czerwonych ołówków - taka bowiem była barwa podpisu dla Dowódcy Okręgu przewidziana. Mam to zaświadczenie: Na podstawie Zarządzenia Ministra Obrony Narodowej Nr 10/MON z dnia 7 lutego 1953 r. w sprawie pobierania nauki przez oficerów zawodowych w szkołach poza wojskiem zezwalam: chor. Wołk Adam s. Stanisława na pobieranie nauki w Rolniczym Studium Zaocznym. Zezwolenie jest ważne na cały rok (tok!) wyszkoleniowy. Dowódca Okręgu Wojskowego Nr IV Strażewski Generał Dywizji, 20.071953 r.

       Po roku personalny oddał mi to zaświadczenie i czytając skomentował: rok, czy tok? Po wyjściu z kancelarii takim samym czarnym atramentem dorobiłem nad „r" kreseczkę i zrobiło się „tok" - w ten sposób zaświadczenie cztery lata posłużyło. Inicjator fałszerstwa w dobrej sprawie działający, nie interesował się już tym - sprawa była załatwiona.

       Służyłem przez pięć łat we Wrocławiu w artylerii przeciwlotniczej. W tym przez dwa lata w sumie przebywałem na poligonie w Mrzeżynie, nad morzem. Był to okres wielu przemian i różnych zajść w Polsce i nie tylko. Działy się różne sprawy. Należeliśmy, jako artyleria przeciwlotnicza, wraz z lotnictwem myśliwskim, do jednego dowództwa obrony przeciwlotniczej kraju. Kontrolowaliśmy wszystkie loty nad Polską, która tak jak i dziś była pocięta na korytarze do przelotów. Nasz sojusznik, czyli jak to dziś już można powiedzieć „Czerwony Brat" podał całą procedurę, że loty muszą być zgłoszone poprzedniego dnia, rozesłane i przyjęte. Potem nie ma już zmian. A tu w Warszawie odbywało się plenum PZPR w 1956 r. i niejaki Mazur pojechał do Moskwy powiadomić, że w Polsce szykują przewrót, Gomułkę wyciągnęli.... Nikita Chruszczow wsiadł z Nikojanem do samolotu i Warszawa nie przyjęła lotu nie planowanego. Pozwolono lecieć do Legnicy na sowieckie lotnisko. Nad Wrocławiem lecieli jako „naruszycie!" - takie miał miano każdy nieplanowany i teoretycznie można go było zestrzelić lub przez myśliwce przechwycić. Pertraktacje o ich przelot do Warszawy trwały tyle, że wystarczyło kandydata na I Sekretarza już wybrać i jak przyleciał Chruszczow pozostało mu tylko pogratulować Gomułce. Wówczas służbę na sali operacyjnej w dywizji miał kolega i z opowiadania – nr 1„Nowych Dróg" - to znam.

       Kiedyś podczas mojej służby oficera operacyjnego pojawiły mi się meldunki o locie samolotu „naruszyciela", nie planowanego. Prowadziłem jego trasę na stole z mapą 1:300.000 nakrytym szklanym blatem, rysowało się kolorowymi ołówkami rapidografami chyba zwanymi... i na Wrocławiu się lot urywa. Melduję do centralnego stanowiska dowodzenia... strzelać nie każą! Ale po pół- do godziny czasu wchodzi na salę gen. Frey-Bielecki w towarzystwie oficera dyżurnego sztabu Dywizji. Złożyłem mu raport, podszedł popatrzeć na mapę... to on leciał, sam pro¬wadząc samolot myśliwski. W ten sposób dowódca Wojsk Obrony Przeciwlotniczej (Lotnictwa Myśliwskiego i Artylerii Przeciwlotniczej) kontrolował swoje służby.

       Naruszania przez samoloty naszego terytorium były i z innej strony. Kiedyś Czesi nam przekazali samolot rozpoznany jako Canberra - bombowiec nurkują¬cy produkcji australijskiej, któremu na spotkanie, na jego trasie lotu podrywano pary dyżurne myśliwców i żadna nie weszła na pułap, na jakim leciał - 18 tysięcy!
, „Migi" osiągały wówczas 15. Nad Łodzią zawrócił i poleciał na Bornholm, gdzie wylądował. Musiałem te wszystkie samoloty znać z wyglądu - sylwetki, udźwigu bomb itd. Jeszcze dziś mogę narysować ową Canberrę, dwusilnikowy odrzutowiec, z dwoma statecznikami pionowymi na sterach. Zgrabny!

       Na Bornholmie też wylądował Franciszek Jarecki pierwszym „Migiem", który na Zachód się dostał w całości. To były blisko nas sprawy, bowiem na poligonie od WOP przejmowaliśmy granicę państwową, gdzie coś z tej wyspy, twierdzono, prze¬dostawało się. Nie wiadomo, co polityczna propaganda o desantach, a co prawda. A Jarocki wziął do samolotu czapkę garnizonową i nikt nie zastanowił się nad tym. Wtedy latało się ze zbiornikami dodatkowymi, w parach. On zrzucił zbiorniki i ulżył sobie, a kolega (pilnujący go!) nie mógł tego zrobić, bo nie miałby na czym wrócić. Wtedy d-ca ich pułku, Rosjanin, po powrocie „pary", poleciał i chciał zniszczyć samolot Jareckiego na łące widoczny na Bornholmie, ale się nie odważył z uwagi na ewentualne konsekwencje.

       Do tej „wojny", w jakiej żyliśmy, dochodziły służby w bateriach dyżurnych okopanych na osłonie miast, Warszawa na fortach je miała, Wrocław na Muchoborze i przy PaFaWaGu. Tam był ostry reżim czasu gotowości do strzelania: w dzień 3 minuty, a w nocy 8. Skrzynie z ostrą amunicją były otwarte. Jeden pocisk ważył 8 kg. Że też nie wydarzył się przy tym wypadek...

       Wybierając jakieś stosowniejsze sytuacje pisałem raporty o zwolnienie mnie z wojska. Odpowiedzi były odmowne. W pułku miałem dobrą opinię, ale to głównie z powodu nie picia. Służby oficera dyżurnego miałem jak się coś działo, przysięga czy zabawa oficerska. Na sali przyjęć po przysiędze, ostrzegałem o zakazie picia alkoholu i że będę konfiskować. Brałem potem służbowego podoficera z brudnym wiadrem i tłukłem butelki do niego. Kiedyś na poligonie dostałem misję dostarczenia instruktora propagandy pułku - jakaś taka polityczna funkcja - do więzienia! Rabował po wsiach, jak to się mówiło „poszedł z pistoletem po prośbie". Dowódca Pułku pozwolił mi wybrać sobie konwój, wziąłem dwóch podoficerów z białostockiego. Więzienie w Koszalinie nie chciało przyjąć z uwagi na błąd w imieniu matki, musiałem szukać prokuratora wojskowego, który to poprawił na podstawie innego dokumentu.

       Podczas mojej służby we Wrocławiu przyjeżdżała do administratora diecezji ks. Lagosza, Kazimiera Iłłakowiczówna. Biskupa jeszcze wówczas nie było, ale on rezydował w pałacu biskupim na Ostrowiu Tumskim. Pisała jakieś dla niego modlitwy i czegoś w archiwum poszukiwała. Zawiadomiła mnie wpierw listownie i już nie pamiętam jak umówieni byliśmy. To był czas, że oficerowie nie zdawali broni i nosili ją całą dobę. Miałem trochę problemów, gdy zakonnica przyjmowała ode mnie płaszcz - co zrobić z pasem i pistoletem? Nie wypadało go na mundur nakładać i tak iść do Kazi pod bronią; oddałem więc pas z kaburą zakonnicy. Wszystko się dobrze odbyło, potem wyszedłem. Po jakimś czasie wzywa mnie por. Nardeli, oficer informacji w pułku. Zdziwiłem się, bo nigdy z nim nic nie miałem do roboty. Tyle, że obaj dobrze strzelaliśmy z pistoletu. Zagaduje, jaką kobietę znam w Poznaniu. No dużo, ale o co chodzi? W końcu wymienia sekretarkę Piłsudskiego. Na to powie¬działem, że to moja ciotka, a ciotek się nie wybiera, one są! Powtórzyło się jeszcze raz, tu zaproponował współpracę, bo ja nie należę do partii (dwóch nas tylko było) i to właśnie byłoby najlepiej, nikt by nie podejrzewał. Odmówiłem. Następnym razem miał już dane o miejscu pracy ojca i zagroził, że teraz jest wszystko dobrze, ale może ją stracić - też odmówiłem. Niebawem Kazia dostała nagrodę PENCLUB-u za tłumaczenie Anny Kareniny - Tołstoja i z tym wycinkiem z gazety poszedłem do 1 niego. Odczepił się, ale po roku sam wpadł na czym innym - jak pułk pojechał na poligon, on zostawił w koszarach dwóch żołnierzy, stolarzy i oni mu robili prywatne meble. Ktoś to wywęszył.

       Po każdej rozmowie podpisywałem dokument, że zachowam tajemnicę wojskową (pod groźbą chyba 5 lat). Ciekawe czy się to zachowało. Wildstein nie podawał w Informacji Wojskowej, sprawdzałem.

       Przez jakiś czas byłem odkomenderowany z pułku do sztabu dywizji, do działu wyszkolenia i byłem adiutantem d-cy dywizji, ale do kontroli jednostek. Alarmy ogłaszałem w naszych pułkach, a potem dowódca przyjeżdżał. Bywało, że ja późnym wieczorem dochodzę do pułku, a oni są spakowani do wyjazdu (Ząbkowice). Alarm miał być rano o 5-tej. Takie bywały „przecieki" wiadomości. D-ca dywizji Grabowski był dawnym Władka (szwagra) kolegą, nawet kiedyś mnie zapytał, o Walewskiego. Właściwie sporo znałem oficerów z tych czasów końca wojny i stacjonowania  w Chełmie artylerii przeciwlotniczej.

       Szczęśliwie koniec studiów zbiegł mi się z redukcją sił zbrojnych w Polsce. Oczywiście musiałem pisać raport, chyba już siódmy, o zwolnienie mnie ze służby czynnej w wojsku. Miałem do wyboru warunki - albo ten sam poziom uposażenia ; i wojsko mi szuka po PGR-ach stanowiska, albo otrzymuję odprawę paromiesięczną i sam szukam pracy. Wybrałem to drugie. Na rok wcześniej (po liście mamy do p. Bury) wybrałem się do Instytutu w Puławach. Pociąg w lesie się zatrzymał, wczesnym rankiem, budka tylko, pas z koalicyjką i kaburą wisiał na wieszaku - a tu mi mówią, że to Puławy! Wyskoczyłem w biegu za przejazdem z pistoletem w ręku - to chyba jedyny raz w życiu!

       We Wrocławiu zaś prof. Stanisław Bac (sen.) mnie zaprotegował, znając przed wojną ojca, gdy pracował w Sarnach. Wiem od sekretarki z dziekanatu, że o moje stopnie też pytał. Miałem tylko 2 trójki przez całe studia.

      Może wypada coś powiedzieć jak mnie przyjmowano, studiującego w mundurze, w stopniu porucznika. Przede wszystkim wojsko zwalniało mnie na wszystkie zjazdy na podstawie zaświadczenia D-cy Okręgu. Miałem więc odrobione ćwiczenia. Natomiast na egzaminach pytany, po przekonaniu się, że coś wiem - nie ' spotkałem się z jakąś niechęcią czy wątpliwościami. Oczywiście tzw klimat indeksu robił swoje. Stąd może niektóre oceny bywały zawyżone. Czasem bywały pytania dane „pode mnie", gdy egzaminatorka myślała, że jestem pewno z kwatermistrzostwa, jakimś oficerem żywnościowym i zapytała „co pan wie o wołku zbożowym?" Odpowiedziałem i dopiero... jak indeks otworzyła!!! Potem pamiętała mnie długie lata. Studia Zaoczne ukończyłem w 1957 r. z dyplomem inż. rolnictwa.

       Zmiany polityczne w Polsce pozwoliły mi wreszcie wydostać się ze służby wojskowej, która w sumie trwała 7 lat, więcej niż Syberia! Tak więc za pochodzenie ziemiańskie miałem 13 lat takiej, czy innej niewoli. W przerwie między tymi okresami 3 i pół roku na zrobienie matury, też w trybie popołudniowym. Nie miałem możliwości odbycia normalnych studiów.

Praca w Instytucie w Puławach

       W środowisku Instytutu było trochę byłych ziemian lub osób pochodzenia ziemiańskiego. Nawet była grupa tzw płodozmieńców - b. ziemian, których wiedzę wykorzystywano do zastosowania w gospodarce wielkoobszarowej rolnej. W kadrach złożyłem swój z wojska spreparowany życiorys i nikt się nie czepiał, choć moje zatrudnienie miało wyraźny związek z ziemiaństwem przez osobę mojej szefowej, która się z tym nie kryła. Nie miała jednak ani szansy wyjazdów zagranicznych, ani też jakichś awansów ponad pracownię. Ja pozostałem w podobnym statusie. Magisterium robiłem eksternistycznie na Wyższej Szkole Rolniczej w Lublinie. Szefowa poradziła mi jednak otwarcie przewodu doktorskiego poza Instytutem. Torowała mi również różne kontakty zewnętrzne, często jak się potem okazało w środowisku ziemiańskim.

       Poprosiłem dyrektora, za wiedzą i zgodą p. Bury-Zaleskiej, kierowniczki pracowni, w której nie przerywałem pracy, o odbycie rocznego stażu w gospodarstwie Instytutu i dostałem aprobatę. Był to Grabów położony w odległości dwudziestu kilku km, więc mogłem częściowo dojeżdżać.

       Jeden raz pozwolono mi wyjechać do Czechosłowacji, na drodze „wymiany" przez PAN, ale gdy starałem się o paszport drugi raz, na wyjazd tzw. popierany (na swój koszt, również do CSR) w milicji, w biurze paszportowym posłano mnie jeszcze tylko do pokoju (numer jakiś). Wchodzę wita mnie po cywilnemu funkcjonariusz, podając rękę: „porucznik Masłowski", a ja na to „porucznik Wołk". No i biorąc do ręki mój dokument powiedział, że właściwie może mi go wydać, ale ma taką a taką propozycję i współpracę mi zaproponował. Odmówiłem i jak mnie zaczął jeszcze przekonywać i namawiać, powiedziałem mu, że stopień mam jeszcze z 1953 r. i mogłem mieć lepsze propozycje. Potem dogadaliśmy się, że on był wówczas w przedszkolu.... w Kazimierzu. Ostatecznie dał mi paszport i pojechałem. Był to bowiem opiekun naszego Instytutu z Urzędu Bezpieczeństwa. Podczas „stanu wojennego" miałem oznaki rewidowania biurka w Instytucie (zginęły mi z biurka taśmy z nagraniami spotkań z leśnikami).

       W 1998 r. byłem wybrany do Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność", pełniłem funkcję wiceprzewodniczące oraz należałem do zespołu redakcyjnego „Przeszłość - Przyszłości", Informatora tego związku w IUNG.

       Po otworzeniu przewodu doktorskiego, z własnej inicjatywy i wyboru SGGW, Wydziale Leśnym - tam obroniłem pracę bez wstrętów. W latach siedemdziesiątych był sporządzany plan podnoszenia poziomu kadry w Instytucie, ale obejmował tylko partyjnych, chodziło o habilitacje. Postanowiłem nie robić habilitacji, tym dziej, że promotor powiedział mi, że zmarnowałem na doktorat materiały, na : których powinienem był się habilitować. Ale nie żałowałem, widząc zresztą jakie tu były nieraz przepychanki potem z różnych powodów. Po co mi to było. Po przejściu na emeryturę (lata Syberii zaliczono mi do stażu pracy) podjąłem współpracę z Komitetem Historii Nauki i Techniki PAN, zajmując się ks. Krzysztofem Klukiem, I Stanisławem Staszicem, Anną Jabłonowską i innymi ludźmi okresu Oświecenia. Od paru kadencji jestem członkiem Rady Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu i konsultantem ich wydawnictw.

Reaktywowanie Związku Sybiraków

       Zmieniła się w Polsce sytuacja byłych zesłańców na Syberię i w końcu roku 1988 reaktywowany został Związek Sybiraków, do którego przystąpiłem i uczestniczyłem w tworzeniu Koła w Puławach. Ponieważ w Lublinie nie było jeszcze odpowiedniej jednostki, powstał więc Oddział Terenowy podległy bezpośrednio Zarządowi Głównemu. W1991 r. został ufundowany sztandar i na uroczystości przysięgi wojskowej w miejscowej jednostce wojskowej został wręczony przez Ministra ds Kombatantów Zdzisława Zielińskiego. Już tej jesieni brał udział w pielgrzymce do Rzymu na kanonizację o. Rafała Kalinowskiego, patrona Sybiraków.

       Jednak największą satysfakcją było dla mnie oddanie hołdu poległym Kolegom - Sybirakom na cmentarzu pod Monte Cassino. Nie miałem wprawdzie możliwości odszukiwania ich wśród poległych, bowiem w moich rękach był podczas tej uroczystości sztandar, ale za to schodząc ze stoku cmentarza mogłem osobno pochylić go, salutując nad grobem Dowódcy II Korpusu Generała Władysława Andersa, gdzie obok swoich żołnierzy kazał się pochować. Był to pierwszy przybyły z Kraju Sztandar Sybiraków. Kiedyś Prezes, Ryszard Reiff podczas posiedzenia Rady Naukowej Związku Sybiraków przy Zarządzie Głównym, do której byłem powołany, zapytał co sprawiło mi największą satysfakcję podczas pracy w związku - podałem właśnie powyższy epizod.

       Prowadziłem od samego początku w oddziale puławskim Komisję Historyczną , teraz tworzyliśmy z prezesem Edwardem Jabłonką komisję weryfikacyjną ds przyznawania uprawnień kombatanckich. Sporządzone przez nas wnioski, po aprobacie Zarządu Głównego były w Urzędzie ds Kombatantów rozpatrywane.
Zweryfikowaliśmy ponad 200 osób, tutejszych członków, i nie tylko, przynależność nie była warunkiem. Oczywiście duże trudności stanowił brak dokumentów o bycie na Syberii, szczególnie w odniesieniu do ówczesnych dzieci, np. wracających z domów dziecka i sierocińców. Prowadziło się parokrotnie rozmowy, czasem odwoływało się do zeznań świadków. Relacje spisywałem. Była to robota społecznie niezwykle potrzebna oraz dająca dużą satysfakcję i zadowolenie. Wreszcie łata spędzone na Syberii zostały w jakiś sposób ocenione. Zrównano pobyt w łagrach i na zesłaniu z hitlerowskimi obozami koncentracyjnymi przyznając również uprawnienie inwalidy wojennego. Działanie dwóch reżimów totalitarnych przeciw naszemu narodowi zostało wreszcie zrównane.

       Nigdy nie wziąłem udziału w pochodach pierwszomajowych.

Czartajew Podleśny

       Jest to nazwa już tylko historyczna, uwidoczniona na wojskowych mapach sztabowych, ale obecnie administracyjnie nasza zabudowa została objęta nazwą lasu Silniki, do którego przylega. Czartajewem Podleśnym bowiem nazwano wydzielony ok. 1928 r. folwark ciotki Konstancji Wołk (później Warczukowej), który nie podlegał reformie rolnej z powodu, że miał mniej niż 50 ha użytków rolnych. Jak już pisałem, właścicielka po powrocie z Syberii rozsprzedawała go po kawałku, a pozostałą ok. 0,5 hektarową resztówkę z 4 ha lasu drogą sądową przez „zasiedzenie" odziedziczyli bratankowie: Adam działkę rolną z zabudowaniami, a Krzysztof - las. Było to zgodne z prawdą, bowiem wszystkie wakacje i urlopy od powrotu z ciotką z Syberii tu spędzaliśmy. A zgodnie z wolą ojca jest to traktowane jako wspólnota rodzinna i gospodarujemy tu obecnie we czwórkę, z siostrami Ewą i Danutą oraz naszymi rodzinami (dzieci i wnuki). Prowadzi się specjalnie pomyślaną rachunkowość do wspólnych rozliczeń. Jest wola zachowania takiej funkcji jak najdłużej.

Zakończenie

       Oceniając, już z pewnej perspektywy tych obecnych dwudziestu lat, okres wojenny i komunistycznych następstw wynikłych z tej wojny, trzeba stwierdzić, że trwało to długo - pół wieku. Oprócz rzeczy złych, które tu u mnie stanowiły niejako tło wydarzeń, spróbuję wskazać na dobre, które niewątpliwie były. Do pierwszej zaliczę jednak fakt, że udało mi się zdobyć wyższe wykształcenie, de facto, nie kończąc studiów, tylko wchodząc w okresowe kontakty z czterema uczelniami. To mi poszerzyło pierwotnie wybrane ogrodnictwo, o rolnictwo i leśnictwo, a ostatnio i historię.

       Cudowne, bo bez następstw, wyzdrowienie brata z tej posyberyjskiej gruźlicy. Bez śladu minęło.

       Pomyślny powrót na starość do ojczyzny wujostwa Madalińskich, po Archangielsku i innych przejściach, wojowaniu wuja pod Kockiem, potem we Francji i oflagu niemieckim.

       Jednak do największych łask Bożych trzeba zaliczyć fakt, że Ojciec nasz ocalał w tej zawierusze wojennej, dożył 92 lat i śmiercią naturalną zmarł w Czartajewie, na swojej ziemi. Tak, mimo zakazów nawet zamieszkiwania w tym powiecie! Byłem obecny przy śmierci. Jeszcze w dniach poprzedzających wyszedł do ogrodu i pasieki, swoim zwyczajem pochylił się i coś z ziemi podniósł. A był przecież w tym całym wojennym działaniu osobą najbardziej zagrożoną. W 1939 roku gdyby się dostał w ręce sowieckie, czy to w Czartajewie, czy też w Równem, stałoby się inaczej.

       Wielkim, pomyślnym osiągnięciem, można też nazwać fakt zachowania tego kawałeczka ziemi we władaniu, mimo takiej historii, już ponad sto lat! Jest to miejsce najmocniej wiążące naszą rodzinę, lubiane przez młode pokolenie. W przyjaznym od pokoleń sąsiedztwie szlachty podlaskiej.

 W bryczce siedzą od lewej: Irma Wołk, w środku jej córka Ewa, z prawej siostra Łucja Madalińska. Powozi Jakub „Wałkowiec”. W tle dom ogrodnika, w którym rodzina mieszkała od 1930 r., po wydzierżawieniu dworu.
Fot. por. Alojzy Morawiec, około 1936 r.
Symboliczny grób rodzinny na cmentarzu parafialnym w Siemiatyczach.
Fot. S.Kordaczuk, 2009 r.

Porucznik Adam Wołk (stoi w środku) podczas służby w 98 pułku artylerii przeciwlotniczej.W tle radziecka armata plot. kalibru 85 mm. Wrocław 1954 r.




[1] Kultura Niezależna nr 37, styczeń 1988. w. Zeszyty Historyczne, 85, s. 233-234.

[2] K.Niesiecki, Herbarz Polski, t. IX, Lipsk 1848, s. 410.

[3] Wołłk Gustaw, Michał Krawczyk, Stefan Roszak, w: Słownik Pracowników Książki Polskiej, PWN, Łódź 1972, s. 984.

[4] W. Haniewicz, A.G. Karawaiewa, Katoliczeskij nekrpolgoroda Tomska (1841-1919gg.), Tomsk 2001, Is. 282. (w recenzji: Z.W. Wójcik, Zesłaniec nr 17, rok 2004, s. 111). „Wołk Bronisława - Wanda, córka Gustawa, politechnika, i Barbary z domu Jasiewicz, † 3 czerwca 1888 r., mając 7 miesięcy" . Niżej: „Wołk Henryk, syn Gustawa, politechnika, i Barbary z domu Jasiewicz, † 29 lipca 1888 r., mając 2 lat"

[5] Barbara Czerwijowska - Wspomnienia... (wyjątki), W drodze... nr 3,4, 5, (miesięcznik),1991.